środa, 23 września 2009

Indywidualistka wychodzi za mąż

Rodzisz się i na rączce umieszczają ci kawałek plastiku z napisem Ewy "C" Zielińskiej albo Anny "S" Kwiatkowskiej - w zależności od tego jak nazywa się twoja rodzicielka i co orzekł lekarz na temat twojej płci. Potem leżysz na oddziale noworodków, w takiej samej jak inne czapeczce , szczelnie owinięta bądź owinięty szpitalnym betem. Zero indywidualności.

Po miesiącu rodzice dają ci nadzieję, że jesteś kimś wyjątkowym, bo zgłaszając cię w USC nadali ci imię. Ono powinno cię wreszcie wyróżnić. Ale jak idziesz do przedszkola to się okazuje, że w grupie maluchów jest pięć Karolinek, trzech Dawidów i dwie Zosie, u średniaków , trzech Piotrusiów, czterech Kubusiów i trzy Hanie, u starszaków trzech Kacperków, dwóch Franków, cztery Julcie i dwie Kasie, a w zerówce Karolinka, Dawid, Zosia, Piotruś, Kubuś, Hania, Kacperek, Franek, Julcia, Kasia i cztery Anie. Odkrywasz, że to jak masz na imię nie znaczy, że jesteś indywidualnością.

W szkole donosisz ciuchy po starszym rodzeństwie i umiera w tobie powoli chęć bycia innym.

A potem masz piętnaście lat. Wreszcie umiesz zawalczyć o swoje. Naciągasz rodziców na glany, ścinasz i farbujesz lub zapuszczasz włosy - w zależności od płci, kupujesz naszywki na kilogramy, słuchasz starych dobrych zespołów, grasz w erpegi i zamiast "dzień dobry" mówisz "anarchia". Wreszcie jesteś inny! Taki jak chciałeś! Twoja indywidualność ujrzała światło dzienne! I nawet nie zraża cię na koncertach obecność twoich kopii - wy wszyscy jesteście indywidualistami.

Później stajesz się dorosły. Uważasz, że masz wypracowany charakter, niezależnie od tego czy glany leżą i się kurzą czy używasz ich jako najwygodniejszego obuwia zimowego. Bunt nastolatka zrobił swoje, wiesz już czego chcesz i wiesz, że mimo popularnego imienia, ciuchów po bracie/siostrze i masy takich samym indywidualistów na koncercie jednak jesteś istotą odrębną, inną niż wszystkie. Twoją teorię potwierdza ta jedyna osoba, spotkana gdzieś kiedyś, która o tobie myśli to samo - jesteś niepowtarzalny/niepowtarzalna.

Postanawiacie zalegalizować wasz związek. I... okazuje się, że:

a) Pierścionek musi być złoty. Jak nie lubisz złota to białe złoto, wygląda jak srebro (to czemu nie srebrny...?). Najlepiej z brelantem, jak nas nie stać to z cyrkonią. Ewentualnie jakiś rubin, szafir bądź szmaragd, otoczony cyrkoniami (a fuj!).
b) Ślub w miesiącu z literą "r", żeby dziecko nie mówiło "tlamwaj" i "lowel". Jak się nie da - można oszukać, sprawdzając nazwy miesięcy w innych językach - to dobra wiadomość dla tych co chcą ślub wziąć w kwietniu! (no naprawdę mi ulżyło!)
c) Przy obrączkach ta sama zasada jak przy pierścionku - złoto, jak nie lubisz to białe złoto, wygląda jak srebro, ale tak jest szlachetniej (ja myślałam, że metale szlachetne to platyna, złoto... i srebro...?)
d) Suknia ślubna - najmodniejsza. Od kilku sezonów ta w kształcie litery A. Oczywiście, moda się zmienia... tylko nikt tego jeszcze nie widział, więc można kupić używaną, wypożyczyć, kupić na koniec sezonu po obniżce. Byle była w kształcie litery A! Z gorsetem! (i tak, żeby się wszystkie tłuszcze zewsząd wylewały...)
e) Ślub kościelny musi być! Co z tego, że ostatnio u spowiedzi byliśmy 8 lat temu, a on nie ma bierzmowania - to się da załatwić. Byle był ślub kościelny, bo to tak pięknie! (ja myślałam, że do kościoła się z powodu Boga chodzi...)
f) Wesele, koniecznie wesele! Do białego rana! Noc poślubna? A po co? Wyszaleć się trzeba! Na inne rzeczy jest czas później. Albo i wcześniej (ahaaaaa...). Poza tym, goście liczą przecież na wesele! (to wesele gości czy Państwa Młodych...?)
I tak dalej...

I co z ta indywidualnością? Z okazji ślubu wszelkie przejawy indywidualności biorą w łeb.

Może się co najwyżej okazać, że skoro w ramach zaręczyn dostałaś kapsel z tymbarka z napisem "nie daj się prosić" (i od 9 miesięcy kółeczko z tego kapsla nosisz na palcu), a w ogóle chcesz srebrny pierścionek i srebrne obrączki (na dodatek z jakimś podejrzanym znaczkiem!), suknię ślubną wymyśliłaś sobie jakąś dziwną, do tego masz zamiar założyć zielone buty, zamiast marszu weselnego marzysz o "Śnie o Victorii", a przy tym nie robisz wesela to nie jesteś indywidualność tylko indywiduum!

wtorek, 22 września 2009

wtorek, 15 września 2009

Zadania domowe

Kulegę mam. Kulega jest w drugiej klasie szkoły średniej. Kulega miał zadanie z polskiego i mnie poprosił kulega, żebym mu je napisała. Napisałam. Mało inteligentne, pisane troche na odczep, bom chora, zadanie na jakże popularny temat "porównaj wizerunki Orszulki w Trenach Kochanowskiego i Urszuli Kochanowskiej w wierszu Leśmiana". Banał.

I tak sobie myślałam, już odkąd kulega powiedział jaki temat, że to strasznie oklepane. Ja w drugiej klasie liceum pisałam identyczne wypracowanie. Ba, moja Musia pisała identycznie, a chodziła do szkoły dośc dawno. Cóż się dziwić - taki program. Są Treny i jest Leśmian w programie od zawsze.

Ale ja się zapytuję - co z tego? To nie można choć odrobinę zmienic tego tematu wypracowania, przez tyle lat?

W sumie po co... Za te pieniądze...

No to dlaczego się potem czepiają, że młodzież taka leniwa, że nawet im się nie chce samemu napisać wypracowania? A po co maja pisać sami, jak jest multum na necie na identyczny temat?

Nie mój cyrk, nie moje małpy. Ja i tak nauczycielką polskiego już nie będę.

Ale to cyrk. I to na kółkach.

piątek, 11 września 2009

Polacy-alkoholicy

Bo nasz naród, to taki pijący, nie? Że niby gorsi to tylko ruscy.

A ja byłam dziś świadkiem następującej sceny:
Kolejka w Biedronce, zaraz obok stoiska alkoholowego, on stoi w kolejce przed nami, ona za nami. Ona wchodzi na stoisko alkoholowe, zatrzymuje się przy wódkach, on stoi jak stał, w kolejce, teraz zaraz obok niej.

Ona: Przepraszam, mógłby mi pan pomóc? Bo j chciałam tak symbolicznie w ramach podziękowania kupić komuś wódkę, a ja nie piję i nie wiem jaka byłaby dobra...
On: Wie pani, może niech pani kupi Bols albo Sobieski... Ja za bardzo nie wiem, ja wódki nie piję...
Ona: No ja właśnie też, to się nie znam. Dziękuję.

Kupiła Bols. Należy zauważyć, że obie polecane przez niego to wódki z wyrobioną marką, nie trzeba pić, żeby wiedzieć, że te są dobre.

I teraz się zastanawiam - czy to, że wszyscy w Polsce piją to przesada? Może nie jest tak źle? Albo może nasz naród jest tak zdemoralizowany już, że nawet wódki nie pije, tylko tanie wino (ta lepsza opcja) albo denaturat (ta gorsza)?

poniedziałek, 7 września 2009

Sny i zmory

Przestaję spać. Już nigdy nie zasnę. No normalnie się boję.

Bo wczoraj na przykład śniło mi się, że byłam w Birkenau, które właśnie odbudowywali. Znaczy byłam zwiedzać, ale i tak dość koszmarne.

A dziś to w ogóle poszalałam. Śniło mi się, że siedzę w pokoju z Musią i z Tate. I Tate się pyta co u jednej naszej znajomej (której nie lubimy), więc ja wzięłam telefon, żeby do niej zadzwonić (z własnej nieprzymuszonej woli, co już jest koszmarne), a że u nas brak zasięgu to stanęłam z tym telefonem w otwartym oknie. No i dzwonie do niej, a ona mi opowiada, że wraca właśnie do domu i opisuje co widzi, a potem mówi, że w woreczku żółciowym wykryli jej białaczkę. Skończyłam rozmawiać, a na dworze stoi sąsiadka i się mnie pyta (należy najpierw zauważyć, że mój ojciec naprawia telefony) czy nie mamy przypadkiem telefonu niskopodłogowego, bo jej potrzebny. Na co ja, że zaraz zapytam. Mówię to rodzicom, Musia idzie z nią pogadać, ja sie pytam ojca co to jest a on mi na to, że to taki telefon, co się w worku trzyma. Siadam na fotelu, patrze na swoje kolano, a tam bąble ja przy ospie wietrznej (którą przeszłam parę lat temu). Obudziłam się w momencie jak zaczęłam się drapać. Boję się pomyśleć co byłoby dalej.

Już nie będę nigdy spać. Tylko jak to zrobić?

Mapa

Musia: Zadzwoniła do mnie X. i mówi, że czeka w kolejce w szpitalu. Ja się jej pytam czy jest tu koło kopalni czy na Plebiscytowej, a ona mi mówi ze na Bema.
Tate: Ale na Bema to jest weterynarz...

piątek, 4 września 2009

O kamyczkach

Musia wróciła do domu po wycięciu kamieni z woreczka żółciowego.

Tate: Mila, a szkoda, że mamusia nie miała dwóch tych kamieni, to by się przewierciło dziurę i byś zrobiła kolczyki.
Mil: Miała więcej to mogę korale zrobić, dodam tylko trochę srebra...

Musia nie wiedzieć czemu popukała się w czółko.

środa, 2 września 2009

Wrrr...

Bo mówiła mamusia: "jedź z nami, co będziesz sama w domu siedzieć".
A Mila była mądrzejsza. Poskrapwać chciała. Jakby pojechała to by wszystkim na dobre wyszło. Ale nie, po co? A teraz siedzi sama w domu i, owszem, skrapuje. Ale co z tego jak mogłaby być gdzieś indziej, a do tego wcale nie sama? I fajnie by było. A tak - nie jest fajnie. Bo Mila głupia jest. I jej teraz smutno. I nie tylko jej. Abu. I jeszcze wrrr.

Jak ja jest czasem na siebie potwornie wkurzona!

EDIT:

A może jednak dobrze, że nie pojechałam? Samochód się zepsuł.

wtorek, 1 września 2009

Przemeblowanie

Trochę mi się poprzestawiało w życiorysie.

Czy to nie żałosne, że przez dwa lata studiów na filologii polskiej napisałam tylko jedną pracę, z której i ja, i prowadzący zajęcia byliśmy zadowoleni, a do tego nie miała kompletnie nic wspólnego z polonistyką, bo była z literatury angielskiej i amerykańskiej?
No właśnie.

Skończmy z tą farsą.

Wydoroślejmy.

Musi się udać.